Tuesday, June 29, 2010
NIC TAKIEGO...
Dotykanie nie boli mnie juz
I nie obciaza mi stawow
Juz nie pekaja mi kolana
Pod oddechem ust
A mysl, ze moge byc kochana
Nie swedzi mnie w stopy
Jak narkotyk dziala na kontury ciala
I na wzrok
Przestrzen mi rozmywa
I bardziej zywa wydaje mi sie czlowiecza skora na ekranie telewizora
I prawdziwi ludzie w autobusach
A moja kusa sukienka
Na meski widok
Nie peka juz w szwach
Na paznokciu pomieszkuje
Powaga kamienia
I istnienia chec i zapach rozsadza mi pluca
I pragne kucac
I lezec
I zmieniac sie w zwierze od czasu i do czasu
I byc kolorem halasu
Zielenia, fioletem lub biela...
Poranki zaczynam od saczenia kawy
I sprawy codzienne kontempluje w sobie
I rozmawiam z Bogiem
Roztaczam nad glowa opary kapieli
I siedzac w poscieli koloruje twarz
Rzesami omiatam blask poprzedniej nocy i tloczy sie we mnie
Ciekawosc niezmiennie
On...
Jutro
Na plotno poscieli mnie rzuci
Zakloci mi moze monotonie stworzen
Nie bede umiala juz dobierac slow
A w uszach ucichnie mi wszelka muzyka
Dotykac, dotykac
Bedzie mnie dotykac
On...
Zapomni o mowie
Chodzeniu
Przestrzeni
Slina zmyje ze mnie niecodzienne zlo
I zmieni sie w wieznia wyroslego z ziemi
A cisza kamieni w cieplo go przemieni
I stanie sie ranek
I stanie sie jawa
I stanie sie kawa
Bo zaklelam go...
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment